(25.06) Zalewska: Nauczyciele dyplomowani zarobią o 1 tys. zł więcej

 

Średnio o 1 tysiąc złotych więcej zarobi nauczyciel dyplomowany - ogłosiła minister edukacji Anna Zalewska w wywiadzie dla tygodnika "Sieci" sumując podwyżki z okresu roku i dziewięciu miesięcy. Jak konkretnie szefowa MEN wyliczyła tę kwotę? Trudno powiedzieć

 

"Zasłużyłam na dobrą ocenę" - taki właśnie tytuł otwiera wywiad z minister edukacji w związanym z PiS tygodniku. Anna Zalewska już bowiem w pierwszym pytaniu wystawiła sobie "ocenę dobrą".

 

Między innymi z powodu ostatnich podwyżek w oświacie. - W ciągu roku i dziewięciu miesięcy cała suma podwyżek dla nauczycieli dyplomowanych wyniesie prawie 1 tys. zł - stwierdziła na łamach "Sieci". - Przy czym nie są to podwyżki, które nakazujemy samorządom, nie dając im na to pieniędzy, jak to bywało za poprzednich rządów. To konkretne pieniądze, przekazane w ramach subwencji oświatowej. To osobista zasługa premiera Mateusza Morawieckiego, który podkreśla, że środki te muszą iść z budżetu i nie możemy zrzucać tego na barki gmin ani powiatów. W sumie subwencja wzrosła w tym roku o ok. 1,2 mld zł - tyle, ile było potrzebne na pierwszą transzę podwyżek - dodała.

 

Niestety, szefowa MEN nie wyjaśniła, jak konkretnie wyliczyła kwotę 1 tys. zł podwyżki dla nauczyciela dyplomowanego. W rzeczywistości bowiem nauczyciele mogą jedynie pomarzyć o takich kwotach. Przypomnijmy, po ostatniej (kwietniowej) podwyżce, stażysta otrzymał pensję wyższą średnio o 86 zł netto, kontraktowy - 87 zł, mianowany - 99 zł, a dyplomowany - 117 zł (a więc do obiecanego 1000 sporo brakuje...). W ten sposób - zgodnie z rozporządzeniem wydanym przez MEN - minimalne stawki wynagrodzenia zasadniczego wyniosły w przypadku nauczyciela stażysty 1751 zł (netto), kontraktowego - 1798 zł, mianowanego - 2033 zł i dyplomowanego - 2377 zł.

 

W rozmowie z braćmi Karnowskimi Anna Zalewska zapewniła też, że może się pochwalić "zaufaniem zaplecza politycznego". - Gdybym nie czuła wsparcia prezesa Jarosława Kaczyńskiego, to by się nie udało. On podjął to ryzyko i ochraniał tę reformę - stwierdziła.

 

W wywiadzie nie zabrakło drażliwych tematów. "Mamy kolegę, który ma córkę w VII klasie. Z jego opowieści wynika, że to jakiś koszmar, skumulowanie w jednym roku wiedzy do opanowania z dwóch lat, przemęczenie dziecka. Musieli zrezygnować ze wszystkich zajęć dodatkowych" - zauważyli autorzy wywiadu. Co na to ich rozmówczyni? Anna Zalewska nie obniżyła sobie z tego powodu oceny, ale uderzyła w dyrektorów i nauczycieli - to właśnie oni odpowiadają - w przekonaniu szefowej MEN - za ewentualne kłopoty siódmoklasistów. - Musiałabym z tym przypadkiem zapoznać się indywidulanie. Tu naprawdę dużo zależy od dyrekcji i nauczycieli. Proszę pamiętać, że podstawy programowe to zestaw od kilkunastu do maksymalnie 30 zagadnień, które mogą być realizowane w dowolnej formie. Program musi być dostosowany do danej grupy. Mieliśmy przypadki, że przychodzili do nas rodzice siódmoklasistów i mówili: "Zobaczcie, co tam się dzieje, dzieci nie dają rady". Okazywało się, że wystarczyła rada szkoleniowa w danej placówce oświatowej i kończył się temat. Czyli rozmowa dyrektora szkoły, nauczycieli z rodzicami - odpowiedziała Anna Zalewska.

 

Minister Zalewska podkreśliła ponadto, że "cały czas współpracuje ze związkami zawodowymi". - A gdybym miała wywiesić sobie nad biurkiem kartkę z jednym napisem, brzmiałby on "pokora". Pokora w stosunku do tych, którzy inaczej widzą edukację - oświadczyła.

 

(PS, GN)