Prof. Timothy Snyder: Demagodzy wykorzystują wolność słowa, by stać się tyranami...

Z prof. Timothym Snyderem, historykiem, profesorem Uniwersytetu Yale, rozmawia Dorota Obidniak

 

Czekając na rozmowę z Panem, mimowolnie przysłuchiwałam się wywiadowi, którego udzielał Pan jednej z gazet. Dziennikarz pytał o komentarz dotyczący spraw aktualnych. Nie ukrywam, i ja miałam wielką pokusę, by do nich nawiązać. I właśnie w tym momencie uświadomiłam sobie, jak bardzo jest prawdziwa Pana teza, że „sięgamy do historii, gdy nasz porządek wydaje się zagrożony”. W swojej ostatniej książce stwierdził Pan również, że historia udziela lekcji. Znaczyłoby to, że powinniśmy z tych lekcji wyciągać wnioski. Tymczasem odnoszę wrażenie, że nie jesteśmy zdolni do uczenia się z doświadczeń przeszłości i dlatego historia się powtarza, zatacza koła… wręcz stale nas zaskakuje.

– Są różne sposoby korzystania z historii i różne sposoby unikania osobistej odpowiedzialności za to, jak kształtujemy naszą przyszłość. Jeden przykład takiego podejścia do historii właśnie pani przytoczyła. To przekonanie, że historia się powtarza, że są w niej jakieś cykle, że zatacza koła. To podejście świetnie rymuje się z przekonaniem, że skoro historia się powtarza, że w tym rytmie jest jakaś nieuchronność, to to, co pani robi, czy to, co ja robię, nie ma znaczenia. Historia się powtarza, a skoro tak jest, to musimy się poddać jej biegowi, nic, co zrobimy, nie zatrzyma tego cyklu, a więc nasze działania nie mają znaczenia. Historia jest jak natura. Możemy się do niej zdystansować.

 

Drugim sposobem na oddalanie się od biegu zdarzeń jest podejście mówiące o tym, że historia nie ma znaczenia, ponieważ wszystko jest nowe. Życie w poczuciu, że historia stale nas zaskakuje, że nie jesteśmy w stanie jej przewidzieć, także pozwala nam tkwić w przeświadczeniu, że nie możemy na historię wpływać. Takie podejście również zwalnia nas z odpowiedzialności. Przecież nie można się czuć odpowiedzialnym za coś, czego nikt się nie spodziewał.

 

Mam wrażenie, że egzemplifikacją tego drugiego stosunku do historii są Amerykanie, wręcz się w tym specjalizują. Natomiast ja proponuję takie podejście do historii, które pozwala nam patrzeć na nią jako na zbiór możliwości. Historia pozwala nam przewidzieć, co może się zdarzyć.

 

To jest bardzo ważne, ważne, ażeby wiedzieć, co się wyklucza, ale też, co jest możliwe. Patrząc na taki wachlarz możliwości, możemy śledzić, w jakim miejscu się znajdujemy, w jaką stronę możemy się przesunąć. Ale jeśli uważamy, że jest jedna historia przez duże H, że się powtarza albo że nie ma historii, to nie widzimy tych możliwości. A zatem historia jest po to, by wypełnić naszą wyobraźnię polityczną świadomością tych możliwości i żebyśmy mogli zrozumieć, co jest możliwe, a co nie jest.

(…)

 

Zapytam więc w inny sposób, czy pewne działania nieuchronnie muszą doprowadzić do dyktatury?

– To jest tak: patrząc na historię, jesteśmy w stanie pewne procesy przewidzieć, bo je rozumiemy i znamy ich konsekwencje. Wiemy, jakie zdarzenia przyczyniają się do powstania dyktatury, a jakie się z nimi nie „sklejają”. Określone następstwa są wynikiem określonych działań, a inne do nich po prostu nie pasują. Jeśli chodzi o dyktaturę, to mamy tu do czynienia z dwoma klasycznymi problemami, bo to już jest klasyka. Pierwszy dotyczy społeczeństw, które są przekonane, że żyją w świecie pewnych niezbywalnych norm, działających jak stabilizatory, co daje im poczucie „normalizacji”. Jest to sytuacja, w której ludzie mówią: nie, no przecież nic się nie stanie.

 

Drugim klasycznym problemem występującym w dyktaturach jest niszczenie instytucji. To jest bardzo prosty przykład dwóch zjawisk, które ze sobą „współpracują”, wzajemnie się warunkują i na siebie oddziałują. Likwiduje się lub demoluje jakąś instytucję, a ludzi wmawiają sobie, że to nie ma znaczenia. Tymczasem to są elementy układanki, które się ze sobą łączą w pewien niepokojący wzór. Można go odnaleźć w historii Czechosłowacji w 1948 r. czy w Niemczech w 1933 r. Są różne przykłady. I nie jest tak, że zdarzenia, o których mówię, są identyczne ani że się od siebie diametralnie różnią; po prostu są pewne wspólne tendencje i w obu wypadkach je odnajdujemy. Za pomocą historii można te tendencje rozpoznać, można je śledzić, na przykład język, jak zmienia się język. Są objawy, są symptomy, że dyktatura jest teraz bardziej prawdopodobna. Dzięki historii nie musimy jej doświadczyć na własnej skórze. Możemy wiedzieć, zanim pewne procesy nastąpią, co się zbliża.

(...)

 

Całą rozmowę przeczytasz w Głosie nr 1-2/2018 i w e-wydaniu