Wywiad. Praca w gimnazjum to była moja wielka miłość i cudowne wspomnienia

Każdy chce być doceniony

 

Z Joanną Urbańską, nauczycielką biologii, chemii i fizyki w Gimnazjum im. Jana Pawła II w Susku (woj. mazowieckie), Nauczycielem Roku 2016, rozmawia Halina Drachal

 

Czy pamięta Pani, jak to jest być nauczycielskim dzieckiem?

– Pamiętam, jak mama przynosiła dzienniki lekcyjne do uzupełnienia, a ja sobie wtedy wyobrażałam, że sama zakładam taki dziennik. Mama, polonistka, prowadziła też zajęcia biblioteczne i gdy nie miała co ze mną zrobić, czasem zabierała mnie do biblioteki, siedziałam sobie w kąciku i czytałam. Do dziś pamiętam ten zapach książek, może dlatego tak lubię czytać.

Wychowałam się na wsi. Mama pracowała w malutkiej szkole w Lutocinie. I ja do niej chodziłam. Klasy były kilkunastoosobowe. Wtedy dostawałam dobre stopnie, bo i uczyłam się chętnie. Gorzej było później, gdy poszłam do sierpeckiego liceum ogólnokształcącego. Spodziewano się, że córka nauczycielki będzie błyszczeć, a mnie zdarzały się słabe oceny. To był okres buntu, nauka przestała być na pierwszym miejscu, wolałam spotykać się ze znajomymi. Dla mnie wtedy koleżeństwo było najważniejsze, a naukę traktowałam jak zło konieczne. Niewiele osób w tym wieku lubi się uczyć. Prymusem więc nie byłam, no i wysłuchiwałam, dlaczego Asia, taka zdolna, nie ma piątek. Wróciły dopiero na studiach, studiowałam dwa kierunki na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu i na obydwu otrzymałam stypendia naukowe za bardzo dobre wyniki. Miałam nawet pomysł na doktorat z hydrobiologii.

 

Czy to, że jest się dzieckiem nauczyciela, w jakiś sposób ukierunkowuje człowieka na przyszłość?

Na pewno tak, choć w moim przypadku na początku nie było to takie oczywiste. Od dziecka przynosiłam do domu różne rośliny i zwierzaki. Tata był zoologiem, dużo mi tłumaczył, miałam więc pewną wiedzę. I widziałam siebie w roli przyrodnika, weterynarza, ale na pewno nie nauczyciela. Weterynaria odpadła, bo nie poradziłabym sobie z doświadczeniami na zwierzętach. Jako kierunek studiów wybrałam więc biologię. Na trzecim roku zaproponowano nam dodatkową specjalizację pedagogiczną. Postanowiłam skorzystać. Ale gdy doszło do konieczności poprowadzenia zajęć w szkole, a było to w toruńskim LO, poniosłam porażkę. Pamiętam, że miałam do przeprowadzenia dwie lekcje w obecności mojego profesora. Nauczycielka opuściła tę klasę, więc dzieciaki robiły, co chciały, a ja czułam się kompletnie bezradna. To było traumatyczne przeżycie, powiedziałam nawet mamie, że nie chcę być nauczycielką, bo nie radzę sobie z dziećmi. Jakoś mnie jednak przekonała, by skończyć to, co zaczęłam, bo nigdy nie wiadomo, co się człowiekowi może w życiu przydać. Notabene, drugie magisterium zrobiłam z ochrony środowiska, co mnie wtedy szalenie interesowało. Kiedy studiowałam ten drugi kierunek, na czwartym roku mieliśmy niewiele zajęć, więc gdy w jednej z sierpeckich szkół potrzebowali nauczyciela przyrody, podjęłam się. Tak mi się to spodobało, że zostałam tam na dwa lata. No i wsiąkłam – już 15 lat jestem w zawodzie.

 

 

(...)

 

 

Cała rozmowa - GN nr 24 (e-wydanie)