Dziecięca autonomia a "dobre wychowanie" – uczyć, a nie narzucać

TAK dla przyjaznych gestów

 

Pracując z dziećmi, chcemy przekazać im cenne, prospołeczne zasady postępowania z innymi ludźmi, dobrego wychowania, taktu, przyzwoitości. Najlepsze efekty osiągniemy, kiedy będziemy je tego uczyć, a nie narzucać

 

 

W poprzednim numerze Głosu Nauczycielskiego pisałam o tym, jakie błędy możemy popełniać, usiłując przekazać dzieciom wiedzę o zasadach regulujących relacje międzyludzkie i wyrobić w nich nawyki związane z tzw. dobrym wychowaniem*. Wspomniałam o tym, że nie należy wywierać presji na dzieci, by się godziły z innymi, bawiły z nimi czy pożyczały im swoje zabawki. Postulowałam, by nie argumentować, że „tak trzeba” czy „tak wypada”.

Jednak przecież prawda jest taka, że czasem coś trzeba, a czasem wypada. Życie w społeczeństwie wiąże się z potrzebą przyjęcia i przestrzegania pewnych zasad, jeśli chcemy być mile widziani przez innych ludzi. Osoby, które za nic mają te zasady i nic nie robią sobie z potrzeb, praw i uczuć innych ludzi, są zaliczane do anty- lub aspołecznych i trafiają gdzieś na obrzeża grupy lub wręcz poza jej nawias.

Uszanowanie autonomii dziecka i zrezygnowanie z nakazów i zakazów (o ile nie będą one konieczne – bo przecież i takie sytuacje się zdarzają) nie oznacza i nie może oznaczać pozwalania mu, by robiło to, na co ma ochotę, i pozostawienia go pod tym względem samemu sobie. Chodzi tu raczej o to, by dać mu możliwość podejmowania decyzji o swoim zachowaniu (oczywiście w obszarze pewnych ustalonych granic), ale jednocześnie zaopatrzyć dziecko w wiedzę, na podstawie której może ono trafnie te decyzje podejmować, oraz w umiejętności umożliwiające ich realizację. A więc uczymy dziecko, jakie zachowania są pożądane w pewnych sytuacjach, dlaczego i z czego powinny wynikać. I pozwalamy mu decydować…

 

 

(...)

 

Magdalena Goetz

Psycholożka

 

 

Więcej - GN nr 24 (e-wydanie)